Homo homini...


Twarz dziewczyny wykrzywiła się. Było widać, jak na dłoni, że z każdą chwilą jest coraz gorzej. Pobladła, pojawił się kolejny dreszcz. W duchu tylko liczyłem, aby usłyszeć sygnał nadjeżdżającej karetki.


W-f


Ha! Wstępniak niczym zapowiedź nowego filmu Vegi, ale skoro już mam Waszą uwagę to myślę, że warto było sięgnąć po odrobinę dramatyzmu. :>

No ale do rzeczy.

Jako, że jestem prostym człowiekiem (w tym miejscu kto mnie zna, ten może prychnąć z niedowierzaniem) i funkcjonuje zasadniczo w dwóch trybach: pracuś/leń nienormatywny, nie mogło się skończyć tak, że przez tegoroczne wakacje nie będę robił absolutnie nic. W końcu nie przeżyję trzech wolnych miesięcy jedząc, grając i  czytając na zmianę... z naciskiem na jedzenie oczywiście.

Skoro też plany wakacji na  Malediwach i innych Bora Bora solidarnie wszystkie wzięły w łeb, dorwałem pracę dozorcy na miejscowym boisku.  Wiadomo, przynieś, zanieś, pozamiataj. 
Na swym podorędziu mam apteczkę. Prosta sprawa, jest boisko są i kontuzje. Tutaj zadrapanie, tam noga skręcona, a ostatnio trafił się i wyrostek, a konkretnie jego zapalenie.

Dziewczę na oko lat 15 liczące, przyszło wraz z klasą na wf. Zaczął boleć brzuch, pojawiły się dreszcze, na wuefistę padł blady strach.  Z racji tego, że coraz bardziej odkrywam w sobie lekarski obowiązek, nie omieszkałem zaproponować swojej niezdarnej, studenckiej pomocy.
Bach! Objawy otrzewnowe! Myślę - super! W końcu mam okazje zobaczyć na żywym pacjencie. Parę sekund później wyłączył mi się wewnętrzny student, a włączył normalny człowiek i myślę, że tak  w sumie to szkoda dziewczyny.
Okazało się, że nasza droga koleżanka wcześniej wymiotowała wraz ze śladami krwi, o czym nie wspomniała nauczycielom. Jak szybko wezwano karetkę, tak amba fatima i dziewczyny nima. To znaczy jest, tylko że w szpitalu już, ma się rozumieć. ;)


Rozmowa


Wiem, wiem...  Przydługie to wprowadzenie, ale przechodząc do sedna, po tym jak karetka odjechała nauczyciel zagaił do mnie:

- Bo widzi Pan. Ona jakaś zamknięta w sobie była. Zamiast od razu mówić, że tu wymioty, tam krew, to siedziała cicho. Wychodzi na to, że od rana było z nią źle... Cholera... - Po chwili dodał - W ogóle ludzie są teraz tacy bardziej zamknięci, a zarazem agresywniejsi. Nie ma poczucia, że coś tam nas łączy... Ja, mnie, mi jest na pierwszym miejscu.

Po tych słowach pożegnał się i poszedł.


Homo homini...


Niby nic, a jednak te parę słów wbiło mi się w pamięć i wzbudziło refleksję. Kurde... coś jest w tym. Widać to zamknięcie, często obojętność. Brakuje  tego elementarnego, wzajemnego zainteresowania ludzi sobą. Boimy się siebie wzajemnie, przez to bywamy nastawieni bojowo do siebie. Normą są relacje typu szeroki uśmiech, a w dłoni nóż. I pytanie brzmi, czy coś srogo pierdolnęło w społeczeństwie ostatnio, czy zawsze tak było?

Nie wiem... Wiem, że łatwo czasami się w tym pogubić. Wiem też, że w naszej ukochanej "polandii" klimat do wzajemnej wrogości króluje w najlepsze. Politycy, religia zaognia różnice, żeruje na nich. W końcu moja prawda jest "mojsza, niż twojsza", jeśli myślisz inaczej, różnisz się, to najlepiej wypieprzaj w podskokach, bo nie jesteś godny/godna by żyć obok.

Brutalne? Tak, ale niestety też coraz częściej prawdziwe. Chciało by się rzec, homo homini lupus est. Szkopuł w tym, że te słowa nie padły wczoraj, a wieki temu, więc może to nie kwestia czasów, a ludzkiej natury.







Photo by Mario Azzi on Unsplash




Podziel się: