Jestę półmaratończykę


Okolice Sylwestra 2016/2017. Szampańska atmosfera, mroźne wiatry, moja podkarpacka Syberia. Podobnie, jak zapewne 3/4  populacji w tym okresie, sporządziłem luźną listę postanowień. Wiadomo nowy rok, więc trzeba być lepszym, fajniejszym i w ogóle jakimś takim bardziej... a przynajmniej na papierze. Nie przewidziałem jednego, że dołączając półmaraton do "Listy polepszania siebie - 2017 edyszyn" rzeczywiście go przebiegnę...

Lista



Noworoczne postanowienia względnie typowe. A to gdzieś pojadę, a to wystąpię sobie na STNie, a to skupię się na angielskim... Regularna siłownia (Obiecuję, że jutro w końcu wrócę tam po przerwie wakacyjnej!)  oraz schudnięcie oczywiście też znalazły się wśród kolejnych punktów do odhaczenia. Jednym słowem - noworoczny standard. Z bardziej abstrakcyjnych postanowień wpadł wspomniany półmaraton...


W tym miejscu powinien być obszerny opis mojej heroicznej walki z przeciwnościami o osiągnięcie wymarzonych  21 kilometrów  i tych 97 metrów z kawałkiem oraz oczywiście opis tego, jak poprzez bieganie doskonaliłem swoje ciało, duszę i umysł... Wiecie... taki trening życia :> (cześć Deynn)

No cóż... powinien, ale nie będzie.


Treningu strikte pod półmaraton nie było. Pomysł wystartowania w imprezie sportowej na tak długim dystansie, został pogrzebany na prawie pół roku i wrócił dopiero w połowie sierpnia. Zaopatrzony w "Metodę biegania wg Jacka Danielsa"*   wróciłem do bardziej regularnych treningów oraz zacząłem stopniowo zwiększać dystans. 10, 12, 14, 16km...  Stosunkowo szybki powrót do formy sprzed roku. Po miesiącu dałem sobie zielone światło na bieg oraz tym samym wykupiłem pakiet startowy na zawody. 


4. PZU Cracovia Półmaraton Królewski


Impreza została skoncentrowana wokół Tauron Arena w Krakowie, w której była zlokalizowana meta. Na arenę przybyłem przeszło godzinę przed biegiem. Mimo wczesnej pory na miejscu były obecne już prawdziwe tłumy. Zresztą nic dziwnego skoro w zawodach startowało ponad 9 tysięcy biegaczy. Cytując klasyka - "Mają rozmach skurwysyny!"

Z każdą minutą zbliżającą mnie do startu napięcie i ekscytacja rosły, a atmosfera całej imprezy udzielała się. Ostatnie poprawki stroju, depozyt, rozgrzewka i szybko, szybko na swoje miejsce startowe. W końcu nadszedł ten moment...

START!



Poniżej znajdziecie spis bardzo luźnych myśli, które kompulsywne pojawiły się w takcie biegu... niekoniecznie cenzuralnych myśli...

1km -  Ledwie zaczęliśmy biec, a wyłoniło się Słońce. Niby ładnie i milutko, ale wkrótce zacząłem się zastanawiać, na którym kilometrze stopię się bezpowrotnie. Tym samym starałem się opanować i nie szarżować za bardzo od początku.
"Nie płacz, że wszyscy Cię wyprzedzają, dogonisz ich pod koniec... no chyba że padniesz po drodze... Pamiętaj - pierwsze 10 km na spokojnie."
Te pierwsze 10 kilometrów stanęło również pod znakiem "etapu pieseła". No cóż... tak jak pisałem ekscytacja bardzo się udzieliła.  Głowa, aż buzowała od myśli - "Wow jakie emocje, wow ile biegaczy, wow jaki fajny Kraków, wow jaki inspirujący wpis napiszę potem, wow powinienem startować w takich biegach co tydzień. Wow, jak cudownie!"

3,5km - Stwierdziłem, że w sumie to pieprzyć ograniczenia i przyśpieszam. Przecież dam radę, co nie!?

Kolejne kilometry był wypełnione bardzo spokojnym i stosunkowo szybkim biegiem. Czułem siłę, miałem tę moc.

12km - Na tym etapie nastąpiło bardzo osobliwe zjawisko - mrowienie czubka głowy.

"Czyżby pokłosie braku snu przed biegiem? A może to ta impreza dwa dni wcześniej?" 

13km -  Spotkałem moich osobistych kibiców, tylko na wyłączność. (Jeszcze raz dzięki, że byliście!) Niesamowicie pokrzepiająca chwila. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że za jakieś 20 minut zacznę usychać wewnętrznie i będę płakać do wewnątrz o powrót do tego trzynastego kilometra.

15km - Na tym kilometrze przypomniały mi się słowa księdza Natanka - "Wiedz, że coś się dzieje". Takie preludium tego, co miało mnie czekać  już za 3 kilometry.

18km - Ściana. Ogromne zmęczenie pojawiło się nagle i nie odpuszczało praktycznie do 20 kilometra. Radosne myśli z początku biegu wydały się jakimś cholernie nieśmiesznym żartem, groteską. 
"Po co Ci, to kurwa było?!" - zwykle wyszczekana głowa nagle nie umiała znaleźć sensownej odpowiedzi. 

19km - mijam kolejny ambulans na trasie. Kolejny zawodnik zemdlał. Zaczynam się zastanawiać kiedy moja kolej na pełne gracji zejście awaryjne. Chce mi się płakać. 
"Tak... jak dobiegnę do mety, to z pewnością się rozryczę."

19.5km - Za wszelką cenę próbuję utrzymać pierwotne tempo, a przynajmniej jego szczątki. Nie jestem w stanie myśleć. Ja jestem biegiem, a bieg jest mną. Pełna transcendencja. Nie czuję twarzy, ani dłoni. W takim stanie jeszcze podczas biegania nie byłem.

20km - Przyspieszam.
"Jak mam umrzeć to chociaż na mecie..."

21km - Wbiegam na arenę. Próbuję osiągnąć sprint. Meta przed moimi oczami. Widzę ten napis. Jest bliżej i bliżej.
"Daj z siebie wszystko. Za parę sekund koniec."
W końcu przekraczam metę i resztkami sił staram się zachować równowagę. Zawracam się. Chwila sam na sam z barierką ratuje sytuacje.  Mam to! Osiągnąłem! Złamałem bezpowrotnie psychiczną barierę takiego dystansu!

Po 2-3 minutach skupiania się na tym, żeby nie umrzeć, postawiam wyjść na żer, tj. po jedzonko i picie zapewnione przez organizatorów....aaa no i po medal oczywiście.


Wrażenia


Było niesamowicie! Atmosfera dopisywała przez cały bieg. Multum uśmiechniętych twarzy! Ogromne podziękowania dla kibiców, którzy tłumnie przybyli na trasę dopingować biegaczy. Szczególnie Ci najmłodsi dopisali wyciągając ręce po "piątki". Cudo! To pokrzepia i motywuje! 

Teraz pytanie brzmi - Jaki następny cel Karolu? :> 


* Nie, nie chodzi o tę whisky... chociaż w moim przypadku wszystko jest możliwe.  :>
Podziel się: