Pociąg zwany zapierdolem


Kora nie żyje. Tą wiadomością rozpocząłem dzień. Nie, to nie będzie tekst o śmierci Kory...


Zdziwienie. Tak... właśnie zdziwienie odczułem najpierw... Ale jak to? To z tym jej rakiem nie było aby lepiej? 
Po zdziwieniu w kolejce czekał już smutek. Jeszcze wtedy przed 8.00 nie wiedziałem, że zostanie on równie szybko zastąpiony przez swego rodzaju nostalgię. Odpaliłem Spotify (bogowie internetu niech wam będą za tę cudną aplikację) i zacząłem przeglądać kolejne piosenki Maanamu. Wybór wkrótce padł na jedną, której tytuł wydał mi się zabawnym nawiązaniem do "najdłuższego, całkowitego zaćmienia księżyca w tym stuleciu" z zeszłej nocy.

W słuchawkach rozbrzmiała "Ta noc do niczego jest niepodobna"  i wraz z kolejną nutą wspomniana emocja (niegdyś uważana za chorobę) zaczęła wypełniać trzewia i duszę na wskroś.

Kolejne zdziwienie? Dlaczego czuje ten dziwny rodzaj smutku,  tęsknoty?
Nie byłem wielkim fanem Mannamu. Korę po prostu lubiłem, więc skąd to uczucie, skoro przy śmierci pozostałych zasłużonych najczęściej wzruszałem ramionami burcząc pod nosem "Ot, coś się kończy, coś zaczyna". 

Nie lubię tych momentów śmierci "Znanych". Zawsze kojarzą mi się z bezwstydnym bezczeszczeniem przez kicz sfery absolutnie sacrum. Wiecie, ta powszechna chęć wspominek zmarłego przez ludzi, którzy tak naprawdę, ani nie mieli zdania, ani wrażliwości do dajmy na to sztuki danego artysty za jego życia.  A wszystko za nagłówek typu "XYZ wspomina zmarłego ZYX, który odszedł dzisiaj". Kliki są, hajsy są. Prosta matematyka.
Choć z drugiej strony co ja tam wiem... Może to moja zwykła zgryźliwość...

Ale wracając do... mnie. Tak, bo to nie będzie tekst o Korze, a (o dziwo/zgrozo)... o mnie właśnie. Słuchając dalej i przeglądając kolejne newsy o artystce mignął mi ostatni wywiad Kory - "Za mało korzystałam ze świata...". 
Powyższe zdanie stało się echem, a dokładniej dziwną odwrotnością echa. To zdanie, podobnie jak echo wracało do mnie w ciągu dnia, lecz wydźwięk tych słów, jakby wzmacniał się i wzmacniał się, w opozycji do zwykłego echa, które z każdym powrotem powinno niknąć.

Przy którymś powrocie echa znaczenie słów Kory uderzyło mnie z całą swoją siłą nie biorąc zakładników. Wszystko dlatego, bo jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że przesadziłem. Z czym konkretnie?
No cóż... ze wszystkim będąc konkretnym.

Mam tendencje do... - ujmijmy to ładnie - zasypywania się szeregiem aktywności. I o ile podróżowanie, szereg pasji, praca i studia są fajne, o tyle jeśli pomnożysz to razy dwa i dodasz parę innych przedsięwzięć nagle okazuje się, że chyba gdzieś ostro po drodze rypnęło. Rypnęło skoro (o dziwo) przez 99 % czasu gdzieś biegniesz i nie masz sekundy, żeby pomyśleć na trzeźwo dokąd ta cała karawana tak właściwie jedzie.

- Objawy rypnięcia pytasz?  A no widzisz... najpierw ukradkiem rezygnujesz z rzeczy, które Cię rozwijały fizycznie, jak i umysłowo. W końcu aktywności poboczne zabierają tyyyyyle czasu. Następnie orientujesz, że wiecznie nie masz czasu dla nikogo... niezależnie od rangi znajomości... niestety. Kolejny w kolejce jest upadek, upadek fizyczny. To, jak to? Nie można wiecznie nie dosypiać? Okazuję się, że nie. Tryb "odeśpię może za miesiąc" skutkuje finalnie tym, że robi Ci się słabo w losowych momentach i po pewnym czasie przestajesz się już przyznawać komukolwiek, że kiepsko się czujesz, bo trochę Ci już głupio, a trochę nie chcesz nikogo martwić.
Gdzieś miesiąc temu usłyszałem, że jak dalej będę tak funkcjonował, to "aktywności, które powinny być dla Ciebie przyjemnością, będziesz traktował, jak kolejne zadania, które masz odhaczyć". 
He, he... And guess what? Almost been there, almost done that. Almost... ponieważ po drodze w tym moim zakutym łbie zapaliła się lampka, że chyba coś jest nie tak.

Bo widzicie... lubię zapierdalać. Lubię to planowanie, zabieganie i mieszkanie w pociągach. Sprawia, to że czuję się silny, taki "na fali" i w ogóle cud malina. Jednak po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że to poczucie " na fali" stało się swego rodzaju narkotykiem wyniszczającym ducha i ciało. Żądza nęciła "weź więcej, zrób więcej", ciało i umysł krzyczał "Stop! Mamy już dość". Wraz z postępującym zabieganiem samoocena paradoksalnie leciała w dół.


Skoro już poczyniłem wyznanie win, a tekst potrzebuje klamry i puenty, wróćmy do Kory. W jej ostatnim wywiedzie padły dokładnie słowa:

"Bardzo ciężko pracowałam, taką mam konstatację, że my za dużo pracujemy. Doprowadziłam się do wykończenia totalnego, szczerze mówiąc, za mało odpoczywałam, za mało korzystałam ze świata, za mało korzystałam z pieniędzy, które zarobiłam. Żyłam za mało luksusowo ."


Dawanie z siebie wszystkiego oraz wychodzenie z tak zwanej strefy komfortu jest super, bo rozwija. Gorzej jeśli w końcu poczujesz się niekomfortowo, bo możesz zdać sobie sprawę, że wiele mogło umknąć Ci po drodze.

 Poczułem się niekomfortowo. Zatrzymuje się. Kora dziękuję, bo ruszyłaś mi dzisiaj trybiki w tej mojej głowinie. Czuję ulgę.



Photo by Carl Heyerdahl on Unsplash

Więcej Krageusza? Zapraszam na stronę na Facebooku!


Podziel się: